Polski / C1
Złota kaczka
Na warszawskim Starym Mieście żył niegdyś Lutek, uczeń szewca. Dobry był z niego chłopak: pogodny, pracowity, a przy tym biedny jak mysz kościelna. Mistrz, u którego się uczył, umiał pomnażać oszczędności, lecz jego własny uczeń nie odczuwał z tego żadnej korzyści. Dostawał wprawdzie wyżywienie, ale trudno było nazwać rzadką zupę i ziemniaki dobrym jedzeniem. Miał też ubrania — stare rzeczy mistrza, które ledwo trzymały się w całości.
Zewsząd słyszał zachęty do cierpliwości. Poczekaj, będzie lepiej! Lutek czekał, mijały kolejne lata, a bieda wcale nie ustępowała. Coraz chętniej myślał o ucieczce do wojska. Może pojawi się nowy Napoleon, a on zostanie generałem, nawet marszałkiem? Marzenia o wielkiej karierze na razie jednak nie wyprowadziły go z warsztatu.
Pewnego wieczoru odwiedził znajomego, który niedawno został czeladnikiem, czyli ukończył naukę rzemiosła. Powodziło mu się całkiem dobrze: szył wojskowe buty, także dla oficerów. Goście jedli, pili i gawędzili, aż rozmowa zeszła na warszawskie podania. Jeden ze starszych szewców, utykający na nogę, zapewniał, że w Warszawie nie brak sposobów na zdobycie majątku i sławy. Wystarczy odwaga oraz głowa na karku.
Lutek natychmiast nadstawił ucha. Szewc opowiedział o księżniczce zaklętej w złotą kaczkę. Miała przebywać w podziemiach starego zamku przy Ordynackiej. Kto ją odnajdzie w noc świętojańską, ten pozna sposób na zdobycie niezmierzonych skarbów. Do tej szczególnej czerwcowej nocy pozostawały zaledwie trzy dni.
Lutek zapamiętał każde słowo. Gdy nadszedł właściwy wieczór, wyszedł na miasto. Nad Warszawą rozciągało się gwiaździste niebo, powietrze było ciepłe, a ulice pełne spacerowiczów. Wśród młodych kobiet i towarzyszących im mężczyzn wyróżniali się żołnierze w barwnych mundurach. Dźwięczały ostrogi, pobrzękiwały szable. Chłopak szedł Krakowskim Przedmieściem, potem Nowym Światem, aż skręcił w Ordynacką. Przeżegnał się: był już blisko.
Do podziemi należało dostać się od strony Tamki. Lutek zwolnił kroku. Nie uważał się za tchórza, ale myśl o spotkaniu z czymś nadprzyrodzonym nie była zupełnie przyjemna. Skoro jednak podjął decyzję, nie zamierzał zawracać.
Okna piwniczne znajdowały się nisko nad ulicą. Nie miały szyb, tylko kraty, przez które tak szczupły chłopak mógł się przecisnąć. Wspiął się po wystających cegłach i po chwili był już w środku. Zapalił świeczkę. Wąski, kręty korytarz prowadził coraz niżej. Po mniej więcej kwadransie marszu dotarł do wielkiej, sklepionej piwnicy, gdzie pośrodku znajdowało się jeziorko.
W nikłym świetle świecy zobaczył na wodzie złotą kaczkę. Szewc mówił prawdę! Lutek przywołał ptaka, a ten w jednej chwili przemienił się w zachwycającą księżniczkę. Złote włosy spływały jej aż do ziemi, oczy błyszczały jak gwiazdy.
— Czego ode mnie chcesz? — zapytała.
Lutek zapewnił, że gotów jest zrobić wszystko, co mu poleci. Księżniczka obiecała mu bogactwo większe niż jakiekolwiek inne na świecie, pod warunkiem że ściśle zastosuje się do jej wskazówek. Podała mu sakiewkę zawierającą sto dukatów, złotych monet.
— Jutro musisz je wszystkie wydać. Ale wyłącznie na własne potrzeby. Nikomu nie wolno ci nic z tego złota podarować, nawet grosza. Pamiętaj!
Lutek roześmiał się szczerze. Jeść, pić, używać życia — cóż w tym trudnego? Zapytał tylko, co nastąpi później. Księżniczka powtórzyła obietnicę ogromnych skarbów, jeszcze raz podkreślając zakaz dzielenia się pieniędzmi. Chłopak zgodził się i wziął sakiewkę. Ona zaś zaśmiała się w osobliwy sposób, po czym zniknęła. Teraz dopiero Lutka ogarnęła trwoga. Z trudem wydostał się przez okno i pomknął na Stare Miasto.
Nazajutrz od rana zabrał się do wydawania pieniędzy. Zaczął od tego, czego tak długo mu brakowało: porządnego ubrania. W sklepach przy Świętojerskiej kupił kapelusz, strój i płaszcz, a do kompletu sprawił sobie elegancką laskę. Tak ubrany mógł uchodzić za hrabiego. Przechadzał się, pogwizdywał i wymachiwał laską, lecz po pierwszym zadowoleniu pojawiło się pytanie: co dalej? Sto dukatów na jednego człowieka to jednak ogromna suma.
Około dziesiątej odezwał się głód. Lutek wszedł do gospody i zamówił kiełbasę, kaszankę, piwo oraz bułki. Jadł z takim apetytem, jakby zamierzał najeść się na trzy dni. Gdy wreszcie poprosił o rachunek, usłyszał, że jest winien dwa złote.
— Tylko dwa? Nie więcej?
Dwa — potwierdzono — choć przydałoby się jeszcze dziesięć groszy napiwku. Chłopak znów musiał się zastanowić. Skoro nawet tak obfity posiłek kosztował niewiele, w jaki sposób miał pozbyć się stu dukatów?
Wybrał się na wycieczkę do Wilanowa. Na poczcie wynajął powóz z czterema końmi. Towarzyszący przejazdowi dźwięk trąbki dodawał podróży uroku. Przy bramie parku Lutek wręczył dukata odźwiernemu, po czym długo spacerował po ogrodzie. Minęło południe, nadszedł czas powrotu. Znów znalazł się w Warszawie, a mimo wszystkich atrakcji wydał dotąd niespełna pięć dukatów.
Na rogu zauważył afisz Teatru Narodowego. To było coś dla niego! Nigdy jeszcze nie oglądał przedstawienia: wcześniej nawet miejsce za dwa złote przekraczało jego możliwości. Tym razem mógł bez przeszkód kupić bilet. W teatrze bawił się znakomicie, śmiał się i cieszył nowym doświadczeniem.
Gdy wyszedł, pora była już późna. Dzień dobiegał końca, a pieniędzy wciąż pozostawało mnóstwo. Lutek szedł, rozważając, co z nimi zrobić, kiedy na rogu zaułka zobaczył przygarbionego starca.
— Drugi dzień mija, jak nic nie jadłem — odezwał się mężczyzna. — Jestem starym żołnierzem. Walczyłem pod Somosierrą, pod Smoleńskiem, pod Moskwą, pod Lipskiem przy księciu Józefie. Poratuj mnie!
Lutek przyjrzał mu się uważniej. Starzec nie miał jednej ręki, a na piersi nosił wstążki odznaczeń wojskowych: Legii Honorowej i Virtuti Militari. Chłopak sięgnął do kieszeni, wyjął złoto i podał je żołnierzowi. Ten zaczął błogosławić darczyńcę, życząc mu szczęścia i bogactwa.
W tej samej chwili błysnęło i zagrzmiało. Przed oczami Lutka mignęła postać księżniczki.
— Nie dotrzymałeś obietnicy! Nie na siebie wydałeś pieniądze!
Zniknęła, a stary żołnierz pozostał na miejscu.
— Szczęście dają praca i zdrowie, nie dukaty — powiedział. — Wartość mają pieniądze zarobione, a nie te, które dostaje się za darmo i które mogą prowadzić na złą drogę.
Lutek wrócił do domu pogodny i zadowolony. Rankiem nie znalazł w kieszeni ani grosza. Na siebie wydał około dziesięciu dukatów; całą resztę oddał starcowi. Nie otrzymał obiecanych skarbów, a jednak od tej pory zaczęło mu się wieść lepiej niż kiedykolwiek. Wkrótce został czeladnikiem, później mistrzem, ożenił się z piękną i dobrą dziewczyną, wychował dzieci. Długie lata przeżył w zdrowiu, dostatku i szczęściu.
O złotej kaczce słuch zaginął. I dobrze: cóż to za droga do szczęścia, która zabrania pomóc potrzebującemu? Opowieść zostawia nas z inną zasadą — najpierw pamiętaj o biedniejszym, a dopiero potem o sobie.
English summary · includes the ending
Lutek is a poor shoemaker's apprentice in Warsaw. He hears about a princess who has been changed into a golden duck. On a special June night, he finds her beneath an old castle. She gives him a hundred gold coins and promises a great treasure if he spends them all the next day. However, he must spend everything on himself and give nothing away.
Lutek buys clothes, eats a large meal, takes a carriage trip and visits the theatre. Spending so much money proves surprisingly difficult. Late in the evening, he meets an old soldier who has lost an arm and has not eaten for two days. Lutek gives him the remaining gold.
The princess appears and says that he has broken his promise. The soldier tells Lutek that work and health bring happiness. Lutek goes home content. He later becomes a master shoemaker, marries, raises children and enjoys a long, comfortable life without the promised treasure.
Adapted for Lejrbår from the credited source.
Read the source